Kierownictwo dywersji Krakowskiego Okręgu Armii Krajowej do tego zadania przygotowywało się już kilka tygodni. Dowódcą 9-osobowej grupy dywersantów mianowano mjr. Stanisława Więckowskiego ps. "Wąsacz", będącego jednocześnie zastępcą szefa Kedywu.
W skład grupy weszli również dwaj cichociemni: "Powolny" oraz "Spokojny". Ich zadaniem miał być zamach na życie Generalnego Gubernatora, Hansa Franka.
29. stycznia 1944 roku otrzymali oczekiwaną wiadomość: "Dziś o godz. 23..". Bez zwłoki wyruszyli w trasę. Wieczorem zaminowali tory przed wiaduktem kolejowym w pobliżu Grodkowic. Schronili się nieopodal. Po wielu ciągnących się w nieskończoność minutach, zgodnie z podanym rozkładem jazdy zobaczyli migotające światła lokomotywy.
przepuścili pierwszy parowóz. Zaraz za nim jechał "ich" pociąg. Podchorąży saper miał tylko złączyć przewody. Henryk Januszkiewicz "Spokojny" oddalony o kilkanaście metrów na prawo od minera, kiedy zdawało się, że lokomotywa jest na właściwym miejscu krzyknął: "Teraz!". Nastąpiła potężna eksplozja. W duchu cieszyli się już, że po Kacie Generalnego Gubernatorstwa nie ma śladu.
Słysząc pisk hamowanych kół, później pociąg wyskakujący z szyn, niebawem przekonali się, że ładunek nie eksplodował pod kołami lokomotywy. Spadająca z nasypu lokomotywa nie pociągnęła za sobą reszty wagonów. Hans Frank przebywał w środkowym opancerzonym wagonie. Ładunek odpalili o ułamki sekund za wcześnie...
Z pociągu zasypywano ich seriami karabinów maszynowych. Przez pewien czas ogień obstawy przyduszał ich do ziemi. "Wąsacz", "Spokojny" i "Powolny" ledwie zdążyli odskoczyć pod wiadukt. Po minięciu go, biegli co sił w nogach, byle dalej od pociągu. Gdy nagle tragedia- mjr "Wąsacz" dostał ataku serca. Cichociemni wzięli go pod ramiona i biegli dalej. Wyczerpani dotarli do pierwszych domostw jakiejś wioski. Nie mieli wyboru. Zbudzony gospodarz nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Bał się odwetu Gestapo. Jako argumenty posłużyły Colty. Udało im się dotrwać do rana. Z niechęcią
chłop dowiózł ich bryczką do pobliskiego majątku, będącego ich punktem kontaktowym. Znalazł się lekarz będący pomocą dla chorego. Po czterech dniach, ciągle zmieniając miejsca pobytu dotarli do Krakowa. Tam zastała ich wiadomość: "Frank żyje". W asyście ochrony przesiedział noc w wagonie. Musiał przerwać podróż i nie dojechał do Lwowa.
Kpt. Henryk Januszkiewicz, do dziś nie może przeboleć, że źle ocenił odległość...